|
piątek, 11 września 2009
Jeszcze nie zdązyłam się reaktywować w pisaniu o Finlandii, a już wyjeżdżam na pól roku do Estonii. Jutro. Estonia to co prawda farbowana Skandynawia, ale blisko i język bardzo podobny. Czekajcie nowej odsłony bloga.
Odbiór. OM
poniedziałek, 13 kwietnia 2009
Reaktywacja Otrząsnełam się z letargu i postanowiłam uratować swój blog przed śmiercią przez zaniedbanie. W końcu nie ma smutniejszego widoku niż zdychający blog. Każdy bloger to powie. Z Finlandii wróciłam prawie rok temu. Ale moje serce tam zostało. Byc może tego lata wrócę to mojego raju. Może do pracy, choć obcokrajowcom cięzko jest dostac pracę w Finlandii, jesli nie znają bardzo dobrze języka. Ja znam bardzo kiepsko. Na poziomie najprostesz interakcji z nowo poznaną osobą. Umiem tez zrobic zakupy i opowiedzec o tym, jak lubię lato (choć najbardziej lubię wiosnę). Po powrocie z Finlandii, nasz kraj wydaje mi sie cyrkiem absurdu, w dodatku brzydkim cyrkiem ze smutnymi i agresywnymi ludźmi. Miałam ogromną depresję i szok kulturowy, kiedy wróciłam. Nie mogłam oglądac zdjęć z Fin, bo mi sie płakac chciało. Jeśli kiedyś tam nie wrócę na stałe, to chyba znienawidzę swoje życie. Pięknie:) Taki piękny wyjazd, a taka smutna refleksja. :) Spokojnie, nie będzie smutno. Będzie ciekawie, słowo:)
sobota, 17 maja 2008
Noc
...której nie ma. Pewnie wiecie, a jeśli nie wiecie to przeczytacie, że o tej porze roku w Finlandii noc trwa jakieś 4 godziny. Zaczyna się o 23.30 a kończy o 4 rano. Z każdym dniem nocy coraz mniej. Za dwa dni wybieram się do Laponii, gdzie noc już mnie nie dosięgnie:) To wszystkomówiace zdjęcie obrazować ma dzień o 4 w nocy:)
A to niespodziewany bonus. Więc i ja się podzielę:) z wami. Złota nie znalazłam, za to skończyłam semestr, co oznacza, że a tydzień wracam do codzienności. Odpowiadając na spodziewaną serię pytań pospiesznie odpowiadam, że blog będę pisać dalej, bo może wreszcie zacznę się nudzić.
poniedziałek, 28 kwietnia 2008
Moderna Museet. Wystawa "Andy Warhol - Other Voices, Other Rooms" (problem na weekend: z czego to?:))) Wszystkie filmy Warhola w jednym miejscu. Na środku kwadratowej sali wyświetlane jednocześnie na zwisających w sufitu ekranach ustawionych pod różnym kątem. Na dole płaskie półokrągłe kanapy, gdzie można wygodnie usiąść i niemal wejść w świat filmów Warhola. Zobaczyłam kilka filmów, o których istnieniu nie wiedziałam. Nie pokazano natomiast filmów duetu Warhol-Morrissey a raczej Morrissey-Warhol, ale to chyba ze zrozumiałych względów (ale jestem tajemnicza:))
To grafika do magazynu. Jakby ktoś miał wątpliwości czy Andy potrafił rysować.
niedziela, 27 kwietnia 2008
Dobra, płyniemy dalej bo nas Polska zastanie zanim przybijemy do tej Szwecji. Prom oczywiście eksplorujemy jeszcze dwie godziny. Średnia wieku nie spada. Spotykamy sporą liczbę pasażerów mówiących po rosyjsku oraz powiedzmy-Arabów (przypuszczam po fizjognomii). Około trzeciej wracamy do kabiny. Kajuta o wymiarach 8,4 metrów kwadratowych oferuje wszystkie wygody, jakie potrzebne są do kilkugodzinnej podróży – cztery łóżka, łazienka z prysznicem, stolik, lustro, krzesło, wieszak, drabinka (do włażenia na łóżko piętrowe) oraz…okno. Ale wcześniej – pamiętajmy, że jesteśmy kilka metrów pod wodą! Najtańsze kajuty, przez niektórych zwane studenckimi, znajdują się na 2 deku, niżej niż deki z samochodami i autobusami, paczkami, zwierzętami i czym tam jeszcze chcecie. Widok z okna powinien więc być ciekawy. Nic z tego. O ile oczywiście nie uznajesz, że super ciekawy widok prezentuje twoja własna twarz – w miejsce okna wstawione jest bowiem lustro :). Rano wstajemy w rytmach powitania z radia po fińsku, szwedzku i po angielsku. Korytarz przemierza także człowiek, uchyla lekko drzwi i krzyczy do środka „Huomenta!” (czyli „Dzień dobry”). Chodzi o to, że na czas przybicia statku do brzegu wszyscy pasażerowie mają już być gotowy do wyjścia. Nikt nie może zostać w kabinie, bo będzie brutalnie wyrzucony za fraki na zewnątrz…no może nie brutalnie i nie za fraki, ale w każdym razie wyproszony. Trzeba też pamiętać, że w czas w Szwecji jest taki jak w Polsce, czyli jedną godzinę do tyłu. Oto więc majestatycznie przybijamy do brzegów Szwecji. Mgła, zimno ale przyjemnie. A tu coś ciekawego – piasek dla psa na promie. Faktycznie nigdy wcześniej nie zastanawiałam się, gdzie ludzie podróżujący z psami mają wysikać swoje pupile. Oto i zagadka rozwiązana. Szybko z portu zmierzamy do centrum Sztokholmu. Miasto jest naprawdę piękne, nawet przy takiej pogodzie. Najpierw przybijamy do naszego hotelu, który jest barką zacumowaną przy brzegu. Dostajemy klucz do skrytki na bagaże. Do klucza przypięty jest gigantyczny brelok w kształcie kraba. Nawet rzekłabym krabiszcza. Dobry sposób na zapobieżenie kradzieży – krab jest tak paskudny, że nikt nie chciałby mieć czegoś takiego przy sobie :) Bez okulbaczenia ruszamy w miasto.
Padmy z głodu, więc najpierw znajdujemy w starej części miasta małą uroczą kawiarenkę, gdzie za 25 koron (ok. 2,5 e) przemiłą pani serwuje nam Cafe Latte z bułką z serem, szynką, ogórkiem i sałatą. Mówię o tym dlatego, że wtedy pierwszy raz od stycznia jadłam normalną bułkę, normalną białą bułkę ze skórką. W Finlandii tego nie uświadczysz. Tylko ciemne dziwne chleby pakowane po 4,6 lub 8 par kromek złożonych w „kanapkę”. Bardzo dobrze te chleby, ale prawdziwa bułka, to prawdziwa bułka ;-)
W starej części Sztokholmu większość uliczek wygląda tak samo...
Mój drugi po śniegu ulubiony temat czyli autobusy – w Sztokholmie jeżdżą niebieskie i czerwone.
Kolor zależy od paliwa. O ile dobrze pamiętam są na etanol…(na etanol??)a na niebieskie na coś innego, albo na odwrót…Widzę, ze dałam pełną stuprocentowo pewną informację:)
Flagi po to, żeby nikt nie miał wątpliwości, gdzie jesteśmy. Pomniki Karolów Poszczególnych można spotkać na każdym kroku. Tutaj po kolei trzej kolejni Karolowie, z czego jeden na lodowisku. Oczywiście wykonaliśmy taniec gwiazd na lodzie...:) Wychodzimy ze starej części i zmierzamy ku nowemu:) Brązowy budynek z przodu to opera. Łabędzie i kaczki są szwedzkie oczywiście.
Tu plac jakiś tam, przy czymś tam. Prawda, że ładny?
Cóż, że ze Szwecji? Czytać trzeba:)
Odwiedzilićśmy też Muzeum Techniki. W pełni przystosowane dla dzieci. Wszystkiego można dotknąć, wziąć do ręki, otworzyć, trochę zepsuć. Pierwszy raz widziałam tak wesołe i nieznudzone dzieci w muzeum. My też jak dzieci:) A co! Muzeum było magiczne, trzeba to przyznać.
Kolejna częśc Muzeum Techniki - przestrzeń kosmiczna. Oczywiście wszystkie można dotknąć, doświadczyć, włączyć, zepsuć...
Odyseja kosmiczna 2001. Tutaj doświadczyliśmy przeżyć jakie towarzyszom astronautom w przestrzeni kosmicznej. Kosmiczna toaleta (trzeba się przypiąć pasami).
Po Muzeum Techniki wpadamy jeszcze na wieżę widokową. Zdjęcia są dośc kiepskiej jakości, więc przerobiłam je na równie kiepskiej jakości pocztówki z tal 70.:)
Po wieży już prosto zmierzamy… …podążamy… …zbliżamy się… …do wielkiego… ….celu wycieczki… …czyli wystawy Andy’ego Warhola… ...na której nie można było robić zdjęć:(
wtorek, 25 marca 2008
Oto stoję na poziomie dziesiątym promu Isabella linii Viking Line – ulubionej marki studentów Erasmusa w Skandynawii. Kiedy student zamawia bilet, nawet nie musi dodawać, że chce najtańszą kajutę, od razu dostaje rezerwację na poziomie 2 pod wodą, niżej nawet od deków z samochodami i zwierzyną. Inaczej w życiu nie docenilibyśmy wygód apartamentu prezydenckiego. Nie ma co narzekać. Studenckie kajuty są naprawdę urocze.
...i odpływamy.
Odpływamy i to z zaskakującą prędkością. Miał być romantyczny Titanic, a byli Piraci z Karaibów. Bardzo szybko musieliśmy przewertować przygotowane zawczasu skojarzenia: Pan i władca, Jack i Rose, Rejs, Tragedia Posejdona, Wielki błękit, 20 000 mil podmorskiej żeglugi, Cast away, Cztery wesela i pogrzeb…Nic z tego. Płyniemy szybko i sprawnie. Mijamy domy postawione w szeregach niemal na granicy lądu z wodą. Wiatr delikatnie implementuje nam przyszłe zapalenie ucha. Jest patetycznie, emfatycznie, wzniośle i…zamarzamy. Jeszcze kilka fotek w dumnej pozie z kominem i wracamy do środka, rozpocząć eksplorację promu.
Przy wyjściu na pokład dostaje się program rozrywek na wieczór. Mamy więc dancing, karaoke, występ zespołu, grę w bingo, a dla młodszych – disco. Ale wcześniej oczywiście zahaczamy o sklep bezcłowy, gdzie wszyscy podróżni kupują Baileysa a nikt nie kupuje Finlandii i Koskenkorvy. My oczywiście napawamy się widokiem ekskluzywnych słodyczy, ale kupujemy rozkosznie różowe cukierki Finnish Licorice o smaku truskawkowym za 1,50 e. Wychodząc skręcamy jeszcze do drogerii, żeby wypróbować testery najdroższych pachnideł na promie. Na nadgarstki poszły więc dwa Poisony, na szyję Chanel Chance, na jedną rękę Christian Dior, na drugą Givenchy, jeszcze wejście w mgiełkę Cacharel i możemy ruszać. Jak wychodziłyśmy piszczała bramka magnetyczna :).
Czuliśmy się więc trochę nieswojo...
Zmieniliśmy zatem wykładzinę na parkiet, jednak dyskoteka okazała się być zupełnie pusta. Nawet DJ nie był obecny ciałem. Tylko barman, stroboskopowe światła i jeden pijany mężczyzna, który uparcie próbował nawiązać z nami konwersację…
niedziela, 23 marca 2008
Turku-Prom-Sztokholm-Andy
O 17.00 wysiedliśmy w Turku, gdzie czekali na nas znajomi, też studenci z Polski studiujący w Turku. Oprowadzili nas po mieście. Turku, a jak ktoś woli szwedzkie Åbo, jest dość ładnym miastem portowym (jak miasto portowe może nie być ładne?:)) Jedno z najstarszych miast w Finlandii, dawna stolica kraju.
Moje małe zboczenie - szyld dziennika helsińskiego. W Turku.
O proszę, mamy też siedzibę dziennika tury... turk... dziennika z Turku:)
Nie mieliśmy za dużo czasu na zwiedzanie. Do portu wyruszyliśmy około 18.30. Idąc wzdłuż nadbrzeża jeszcze w centrum mijaliśmy zacumowane statki-restauracje, co przypominało Kraków, ale ze piękniej oświetlonymi bulwarami. Tak, muszę przyznać, że był to dość romantyczny klimat, zwłaszcza, że po trzech miesiącach na obczyźnie wszelkie –izmy udzielają się ludziom zdecydowani łatwiej. Klimaty...
Im dalej od starego miasta, im bliżej portu, tym bardziej zachwycałam się bliskimi menu sercu statkami, metalicznym zapachem wody, smaru, oleju czy czegoś innego, wielkimi konstrukcjami które-nie-wiem-do-czego-służą, wszystko w tak zwanym „trupim świetle” przemysłowych lamp, które uwielbiam. Tak, jeżeli ktoś życzyłby sobie założyć ze mną dom, musi się przygotować, że będzie on permanentnie w stanie niedokończonej budowy, warsztatu samochodowego i hali konstrukcyjnej, bo takie mam słabości i zmieniać ich nie zamierzam. Zapachy...
Oczywiście poddaje się tam Mamut :) To portu zawitaliśmy 45 minut przed czasem. Najpierw padłam na widok promu…
Za chwilę w szklanym rękawie pojawi się wataha sprzątających młodych ludzi tzw. żółtych. Mają z pół godziny na posprzątanie, wymianę pościeli i przygotowanie, jako tako, kajut dla nowych pasażerów. Dlatego jest ich bardzo dużo. Lubimy żółtych bo zostawiają w kajutach cukierki. Jeszcze tylko ukryta reklama w formie pamiątkowego zdjęcia…
…i moja opowieść na dziś skończy się wielkim wejściem na pokład Isabelli... Z okazji świąt reaktywuje mój blog, bo tłumy moich fanów zalewają mnie mejlami z pytaniem o ciąg dalszy. Oto i ciąg dalszy eksploracji. Za chwilę będzie o Warholu i Sztokholmie, ale wcześniej tu oto umieszczam listę tematów i wydarzeń do opisania, żeby było na co czekać:
sobota, 08 marca 2008
Andy Warhol Muszę się pochwalić in advance, że już we wtorek 11 marca będę oglądać w Sztokholmie wystawę prac Andy'ego Warhola! Co tam Turku, co tam Viking Line, co z tego, że hostel na łodzi, cóż że ze Szwecji!…Andy Warhol!!
Piękny prawda?:))))))))...ehh..... HOKEJ Muszę nadrobić wpisowe zaległości, więc przejdę bez zbędnych ceregieli do sedna. Wybrałam się kilka metrów pod ziemię, pojeździć z kolegą na łyżwach. A raczej popatrzeć jak on jeźdźi, bo ja jeszcze się nie zaopatrzyłam w sprzęt łyżwiarski. Tak, tak, pod ziemię. W Hervancie, w której nie mieszkam, znajdują się dwa wielkie lodowiska, do których zjeżdża się windą kilka metrów w dół. Lodowisko otwarte, czyli nikogo nie trzeba pytać o zgodę, nikomu nie trzeba nic płacić. Trzeba mieć własne łyżwy. Zjeżdżamy w dół, wychodzimy z windy a tam co? Dwa mecze hokejowe i nici z naszego jeżdżenia. Ale w sumie bardzo dobrze. Zobaczyliśmy ciekawe rozgrywki. Szybkich, sprawnych i dobrze zbudowanych mężczyzn 60+. Trafiliśmy na rozgrywki drużyn seniorów hokeja. Najlepsze jest to, że najpierw staliśmy przez 10 minut i nie mieliśmy pojęcia, że zawodnicy mają ponad 60 lat. Dopiero mężczyzna stojący obok, powiedział nam, że właśnie przyszedł tu z córką, bo jej dziadek, a jego ojciec gra, w drużynie niebieskich. Szczęki nam opadły, bo chyba oboje wyobraźiliśmy sobie naszych dziadków pędzących po lodzie w łyżwach na nogach... Dopiero na zdjęciach zobaczyłam, że faktycznie zawodnicy nie są młodzi. Przy okazji poćwiczyłam się w robieniu zdjęć w trudnych warunkach i co? nie wyszły, ale trening czyni mistrza, podobno. Voila! Mam wrażenie, że hokej jest tu bardziej narodowym sportem niż skoki narciarskie. No w sumie, skoki narciarskie to nasz narodowy sport :)
Dobrze, że nie dostałam krążkiem w obiektyw...
|
Zakładki:
FIŃSKI SKLEP
Linki
Poznałam i zaglądam
SZWEDZKI STYL
|